Wczasy

wczasy, wakacje, urlop

Jerzy Bolszewski cz 1

02 sierpień 2012r.

17 listopada 1689 r. Jerzy Bolszewski zawarł kontrakt na wydzierżawienie swojej części wsi kupcowi gdańskiemu Janowi Am Ende na sześć lat. Przy tej transakcji była obecna żona Bolszewskiego Jadwiga i szwagier Hector Massów vel Maszewśki. Ze strony Am Endy występowała jego żona Konkordia ze znanej prawniczej rodziny Nixdorffów. Bolszewski przekazywał swoją część bez żadnych ograniczeń z całym inwentarzem, zasiew-kami, poddanymi iitd. za 1500 złotych rocznie "dobrej, idącej gdańskiej monety" liczonej po 30 groszy w każdym. Am Enda miał objąć dzierżawę na Wielkanoc 1690 r., przy czym Bolszewski otrzymał dzierżawę trzyletnią z góry. Tyle kontrakt. Z procesu toczącego się już w 1692 r. wynikało, że Jerzy Bolszewski potrzebował tych pieniędzy na wyjazd do Niderlandów. Tu możemy tylko snuć domysły, dlaczego musiał lub chciał opuścić kraj. Mogło się to wiązać z procesem z fcs. Grasińskim, ale mogło też chodzić Bolszewskiemu o jakieś operacje finansowe, które wymagały żywej gotówki, a które jakoby było bardzo łatwo zawrzeć w Holandii. Bolszewski chciał pożyczyć także od Am Endy jeszcze jeden lub drugi tysiąc "za słuszną interessę" (procent). Am Enda miał mu to pierwotnie obiecać, ale się potem wycofał motywując decyzję tym, że zrobi to później. Bolszewski już podczas pobytu w Niderlandach otrzymywał listy od różnych korespondentów, że Am Enda dobra mu spustoszył, a przede wszystkim wytrzebił las i sprzedał do Gdańska drwa. Dlatego wrócił prędzej niż zamierzał i postanowił pod tym właśnie pretekstem dzierżawcę z posiadłości wyrugować. Chwytał się przy tym różnych środków. Wyjeżdżając całe mieszkanie ustąpił dzierżawcy, a po powrocie zażądał dla siebie najlepszej izby we dworze. Zapewne nie było ich tata zbyt wiele, skoro Amenda zamieszkał w kuchni. Bolszewski buntował poddanych, aby gdańszczanina nie słuchali. Przez predykanta Jerzego Szulitza zakupił "z podejrzanego miejsca niektóre woły", które zawlekły zarazę do obory dzierżawcy, tak że wiele sztuk padło. Oskarżyciel i oskarżony przytaczali wiele argumentów świadczących, że obaj byli w zupełnym porządku. Prawdziwe jednak motywy postępowania Bolszewskiego wyjawił świadek, szlachetny Jan Zygmunt ab Halle, który zeznał, że Bolszewski powiedział do niego: "Ponieważ tai Am Enda nie chce słowa dotrzymać, co mi obiecał, toć i ja onemu słowa nie powinienem dotrzymać, com jemu obiecał" — chodziło o pożyczenie pieniędzy. Z drugiej strony miał rację Am Enda twierdząc, że Bolszewo wcale nie było w stanie kwitnącym, konie i woły były tak na wiosnę wycieńczone, że trzeba było orać przy pomocy cugowych, którymi z Gdańska Am Enda do swojej posiadłości przyjechał. Budynki gospodarskie także były zniszczone. Chłopom należało dać zapomogę w inwentarzu żywym i w zbożu, aby mogli pracować. Miał jednak rację i Bolszewski skarżąc się na spustoszenie lasu, Am Enda bowiem trudnił się nie .tylko uprawą roli, ale skupem drzewa i spławem go Redą na strąd. Przy okazji chcąc mieć swoje tratwy wcześniej na składowiskach, kazał wyrzucić z wody drwa innego kupca, niejakiego Frezewitta. Ubocznym skutkiem zaś takiego postępowania Ibyło powstanie zatoru na Redzie i zalanie łąk i pól wsi wejherowskiej Sławutowa i zniszczenie ozimin. Wtedy wkroczyli na arenę komisarze króla Jana III Sobieskiego specjalnie tu zesłani z Ekonotaiii Maliborskiej i... spór Bolszewskiego z Am Endą zakończył się polubownie wzajemnymi ustępstwami. Kto zaś z obu procesujących się osób miał rację, trudno dociec. Na tym stanowisku stanął zdaje się także sędzia ziemski pucki Jan Fryderyk Janowski. Na marginesie tego procesu warto przytoczyć parę powiedzonek charakteryzujących stosunek między szlachtą i mieszczanami — bogatymi kupcami gdańskimi. Am Enda miał powiedzieć, że "ze szlachty iskórę .chce zewlec, a pieniądze w nią nasypać". Przy innej okazji przechwalał isię, że proces wygra, bo na każdy talar szlachecki może dać dwa swoje. Czy były to słowa rzeczywiście wypowiedziane, czy takie mniemanie mieli zeznający leśnicy i chłopi, trudno dziś dojść, ale w każdym razie bez względu na dosłowne brzmienie inwektyw, którymi obie strony się obrzucały, jedno jest pewne, że szlachta wyobrażała sobie, że mieszczanie powinni jej pożyczać pieniądze bez o.graniczeń i bez sprawdzenia lub otrzymania jakiegoś realnego zabezpieczenia pożyczki.

ocena 4,8/5 (na podstawie 4 ocen)

wczasy, Bolszeo, historia